Wczorajsza konferencja prasowa SLD na której ujawniono powiązania tzw. "spółdzielni Grabarczyka" przyprawiła mnie o lekki rechot. Okazuje się, że politycy Sojuszu odkryli nieprawdopodobną zależność między przydziałem miejsc pracy w danych spółkach, a dobrą znajomością z ministrem infrastruktury. Wręcz niebywała sprawa. Odkrycie dwudziestolecia.
W całej konferencji, odkrywającej ciemne strony władzy, udział wziął łódzki radny Sejmiku Województwa Dariusz Joński, a do niedawna człowiek pełniący obowiązki wiceprezydenta Łodzi.
W odróżnieniu od polityków SLD pamiętam co działo się w łódzkich spółkach podległych urzędowi miasta czy w samym magistracie zaraz po odwołaniu w referendum prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Wymiana ludzi „na swoich” trwała w najlepsze i dotykała wszystkich szczebli. Łódzki Sojusz oczywiście także w tym uczestniczył i obsadzał stanowiska ludźmi, którzy wydawałoby się także niekoniecznie spełniali odpowiednie kryteria… Ich zaleta była natomiast legitymacja partyjna.
Warto zresztą jeszcze podać jeden przykład kiedy to w 2007 r. Dariusz Joński, z wykształcenia ekonomista, zaczął pracować w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska jako specjalista... Pracę „załatwił” mu pan Jarosław Berger (z wykształcenia prawnik) ówczesny prezes WFOŚ z nadania SLD…
Ach, ta krótka pamięć!
Zapewne, gdyby ktoś miał ochotę na uprawianie takich śledztw, znalazłby znacznie więcej podobnych powiązań. Pytanie tylko czy idzie za tym faktycznie coś merytorycznego, czy ma to na celu wzbudzenie wśród ludzi jedynie oburzenia.
Na pewno nie zamierzam bronić ministra Cezarego Grabarczyka, którego generalnie oceniam bardzo źle jako szefa resortu infrastruktury. Wszelkie układy i podobne zależności są oczywiście warte potępienia, jeżeli idą za tym ważkie fakty. Uważam jedynie, że taka płytka, obłudna propaganda jakiej wczoraj doświadczyliśmy ze strony SLD jest godna napiętnowania.