Łódzki magistrat przymierza się do sprywatyzowania Zakładu Wodociągów i Kanalizacji już od kilku miesięcy. W obronie ZWiK-u stanęli jego pracownicy, którzy przede wszystkim obawiają się o swoje miejsca pracy. Prawdą jest bowiem fakt, że prywatny inwestor dokona restrukturyzacji (zwolnień!) w celu wyciągnięcia z danego podmiotu jak największego zysku. Jest się bowiem o co bić, bo co roku budżet miasta notuje ok. 3 mln zł dywidendy zysku. Pytanie: Dlaczego miasto chce sprywatyzować tę dochodową spółkę?
Władze Łodzi mówią o tym, że prywatyzacja wpłynie korzystnie na lepszą organizację pracy (rozumiem, że miasto samo z siebie jest nieudolne, ażeby tego dokonać). Mówi się także, że „prywaciarz” lepiej zadba o firmę bo to będzie w jego interesie (rozumiem, że obecna władza ma to w nosie) oraz że inwestycje – które ma rzekomo przeprowadzić – wpłyną pozytywnie na poprawę jakości usług. Podejrzewam, że w związku z tym woda w kranie będzie płynąć... szybciej, bo jej jakość znacząco nie może się już poprawić, gdyż Łódź korzysta z ujęć wodnych o najlepszej jakości w skali całego kraju.
Wraz ze sprzedaniem ZWiK wzrosną w Łodzi zapewne koszty za wodę i ścieki, którymi zostaną obarczeni mieszkańcy. Analogiczna sytuacja miała miejsce w innych miastach, gdzie tamtejsi włodarze postawili właśnie na prywatyzację.
Wszystkie logiczne argumenty przemawiają za tym aby to miasto zdecydowało się na zintensyfikowanie działań w zakresie modernizacji ZWiK, chociażby w celu zwiększenia dochodów płynących do miejskiego budżetu. Nikomu z władzy na tym jednak nie zależy. Tutaj bowiem chodzi o grube dziesiątki milionów złotych, które uda się jednorazowo wyciągnąć ze sprzedaży spółki. Platforma Obywatelska tak jak w kraju, tak i w Łodzi stosuje zasadę „tu i teraz”. Na jakiś problem zna jedno lekarstwo – prywatyzację. Ot sposób na zarządzanie miastem. Tylko w którą stronę my zmierzamy? Na Zachód, czy w stronę krajów trzeciego świata?